TAR. The Art of Returning. Manifest Wolności i Powrotu do Piękna
Współczesny świat próbuje nas przekonać, że życie to bieg z przeszkodami. Od najmłodszych lat uczy się nas, że wartość człowieka mierzy się tempem jego biegu, liczbą zaliczonych celów i nowościami, które potrafi zdobyć. Ta sama drapieżna filozofia bezwzględnie wdarła się w naszą prywatność – w sposób, w jaki spędzamy wolny czas, a nawet w to, jak podróżujemy.
Dziś podróż stała się kolejnym projektem do odznaczenia w kalendarzu. Masowe przewodniki krzyczą o konieczności zaliczenia dwudziestu „niezbędnych” atrakcji w tydzień. Kobiety biegają z telefonami w dłoniach od muzeum do punktu widokowego, z lękiem, że coś im umknie, że nie zdążą uwiecznić momentu, który i tak natychmiast zniknie w gąszczu internetowego szumu. Obiecują nam, że na końcu tej gorączkowej gonitwy czeka upragnione szczęście.
To brutalna iluzja. Ta pogoń nie rodzi satysfakcji. Rodzi jedynie zmęczenie, wewnętrzny hałas, przebodźcowanie i dojmującą pustkę.
Projekt
TAR (The Art of Returning)
oraz książka, którą noszę w sercu, powstały z głębokiej tęsknoty za zupełnie innym światem. Powstały z buntu przeciwko tyranii wiecznej nowości i powierzchowności.
Uczę kobiety zapomnianej sztuki powrotu. Powrotu do tego, co dobre, sprawdzone, solidne i bezpieczne. Do miejsc, w których czas celowo zwalnia bieg, i do tych stanów umysłu, o których w codziennym pośpiechu bezpowrotnie zapomniałyśmy. Bo prawdziwe nasycenie nie kryje się w ciągłym szukaniu tego, co nieodkryte. Kryje się w powtarzaniu tego, co doskonałe.
Czym jest dla mnie prawdziwe bogactwo?
Świat uczy nas mierzyć luksus zerami na koncie, marką samochodu czy prestiżowym logo na torebce. Przez lata wmawia się kobietom, że muszą otaczać się przedmiotami o zawrotnych cenach, aby poczuć swoją wartość. Gwarantuję Ci – to kolejna pułapka, która zmusza nas do ciągłej pracy i wiecznego udowadniania czegoś innym.
Dla mnie szczyt wolności i najczystsza definicja bogactwa to bardzo konkretny, zmysłowy moment.
To chwila, kiedy parujący, ciężki, lipcowy upał unosi się leniwie nad rozgrzanym rzymskim brukiem. Miasto pulsuje swoim odwiecznym rytmem, a ja siedzę przy małym, kawiarnianym stoliku. Nie mam w ręku mapy. Nie sprawdzam recenzji. W ułamku sekundy odrzucam cały pośpiech i oczekiwania świata. I wtedy starszy kelner, który pamięta mnie z poprzednich lat, stawia przede mną filiżankę idealnego, ciepłego cappuccino z gęstą, aksamitną pianką. I mam obok rękę kogoś mi najbliższego.
W tej jednej, krótkiej minucie mam wszystko. Nie potrzebuję niczego więcej. Mam czas. Mam spokój. Jestem absolutnie wolna.
Siedzę tam, celebrując moment, mając na sobie jedynie lekką letnią sukienkę, miękką włoską apaszkę i tanie okulary przeciwsłoneczne za pięć euro, kupione na przypadkowym straganie za rogiem ulicy. I wiesz co? We Włoszech nikt nie patrzy na to, za ile masz okulary, ani z jakiego domu mody pochodzi Twój zegarek. Tam każdy wokół Ciebie jest w tak samo wielkim szoku, oszołomieniu i zachwycie nad otaczającym go pięknem architektury, światła i chwili, jak i Ty. Metki i status materialny tracą jakiekolwiek znaczenie, gdy Twoje zmysły dotykają wieczności. Prawdziwy luksus nosi się wewnątrz, a nie na pokaz.
Zmysłowość powtórzeń, czyli lekcja z włoskiej osterii
Prawdziwa podróż życia zaczyna się wtedy, gdy po prostu stawiasz stopę we Włoszech i od pierwszej sekundy intuicyjnie wiesz, co robić. Rezygnujesz z planowania. Odpuszczasz presję. Idziesz zjeść tam, gdzie wracasz od lat.
Po leniwym popołudniu snuję się po kamiennych uliczkach miasteczka. Moja skóra ocieka lekkim, popołudniowym potem, a na twarzy mieni się w promieniach zachodzącego słońca delikatny makijaż. Trzymam za rękę tego jedynego. Moja zwiewna sukienka bezwiednie wtapia się w krajobraz chmur przesuwających się nad dachami – w tej cudownej minucie sama czuję się jak lekka chmurka, która nie musi stawiać oporu rzeczywistości.
Siadamy w małej, sprawdzonej osterii. Zamawiam pasta alla Gricia
– mój absolutnie ulubiony, niezmienny smak. Tradycyjna sztuka kulinarna nie potrzebuje innowacji, potrzebuje wierności tradycji.
Słucham hipnotyzującego, jednostajnego dźwięku cykad ukrytych w wysuszonych słońcem liściach oleandrów, wsłuchuję się w gwar miasteczka, w głośne rozmowy rdzawych Włochów przy sąsiednich stolikach. Jem chrupiący, słony, idealnie wytopiony boczek guanciale z makaronem. Każdy kęs to powrót do korzeni, do solidności rzemiosła. A potem biorę łyk lodowatego, rześkiego białego wina, które w ułamku sekundy gasi słoność boczku i przynosi zmysłowe ukojenie.
Wraz z zapadającym zmierzchem nadchodzi błoga, naturalna senność. Powoli, bez pośpiechu, zmierzam na spoczynek, tuląc się w jego ciepłych, bezpiecznych ramionach. Jestem nasycona smakiem, nasycona miłością, nasycona ciszą własnych myśli. Piękna, wolna, zakochana.
Czas wrócić do siebie
To jest właśnie prawdziwe piękno życia, o którym współczesność kazała nam zapomnieć. To piękno nie wymaga ciągłej pogoni, zdobywania szczytów i zmieniania siebie na siłę. Ono cały czas jest w Tobie – czeka tylko, aż uciszysz hałas otoczenia i pozwolisz sobie na powrót do tego, co proste i prawdziwe.
Przestań gonić za kolejnymi nowościami, które obiecują chwilową ekscytację. Przestań udowadniać światu swoją wartość poprzez pośpiech.
Czas wrócić do domu. Czas wrócić do piękna. Czas wrócić do siebie.